27.06.2022

Psia opera w dwóch aktach...

Wspominałam chyba już, że się dzieje ?

No dzieje się ...

Pewnego marcowego wieczoru rodzice zaczęli coś szeptać między sobą. Ciekawska z natury nie jestem, ale udało mi się usłyszeć że o muzyce mowa: o ariach operowych czy jakoś tak. No trochę dziwna sprawa, bo rzadko chyba do opery chodzą. Śpiewają w domu też nieczęsto, choć czasem to i owszem, słyszę jak mamusia coś tam sobie nuci, albo śpiewa jak jedziemy razem samochodem i słuchamy muzyki, ale żeby zaraz miała wystąpić w operze ? I jeszcze coś o wilkach mówili, ale że żadnej opery o wilkach nie znam, to myślałam że mi się wydawało.

No i okazało się kilka dni później, że faktycznie nie o operę o wilkach chodziło!

Pojechali gdzieś w sobotę, mówili że zaraz wrócą. Po czym wraca sama mamusia i bierze mnie i Fibi na spacer. Zwariowała ? - myślę sobie - o tej porze? - no,  ale spaceru się nie odmawia, więc lecimy...

No i sami popatrzcie co było dalej ...


To właśnie właśnie była ONA. Aria. Aria ma na imię. Nasza nowa  siostra, wilczyca. Taka to właśnie ta nasza opera...

Od samego początku poczułam do niej sympatię, choć poczułam również wiele innych rzeczy, a głównie zapachów i to niekoniecznie ładnych. Okazało się że Aria błąkała się jakiś czas po świecie, ktoś ją w końcu znalazł i zaprowadził do schroniska. A tam ją znalazł tatuś. 

A że spędziła w plenerach chyba długi czas, to chyba dawno się nie kąpała, bo straaasznie była brudna!

No i chuda strasznie była. Ale wiadomo że w naszej rodzince chudych nie ma, więc i ona niedługo będzie okrąglutka ...

Tak więc pierwsze jej doświadczenie u nas w domu to była kąpiel. I to niejedna, bo jedna nie wystarczyła żeby zmyć wszystkie ślady i zapachy. Ale że dziewczyna dzielna i grzeczna, pozwoliła się wyczyścić bez problemu. 

i od razu lepsza minka!


No dobra, może mina akurat nieszczególna, wygląda tu trochę jak nomen omen zmokły pies, ale za to jaka czyściutka!

Ale tu już lepiej, co nie ?


W ogóle to się Aria bardzo szybko wpasowała w naszą rodzinkę, ładnie razem wyglądamy, prawda ?


Na spacerkach też ładnie się komponujemy, tylko fotki nie wychodzą, bo jak zwykle co trzy babskie głowy, to trzy pomysły na pozowanie ... ;)








No dobra, przyznaję się że w ogóle się do tego pozowania nie przykładałam, ale to dlatego że mam już doświadczenie i wiem, że to się prawie nigdy nie udaje. Gdzie kucharek sześć ... itp.

Jak już wspomniałam, nasza nowa siostrzyczka bardzo szybko wpasowała się do rodzinki.
I bardzo szybko pojęła też do czego służą kanapy!



Jeszcze co prawda nie skumała, że najlepsze miejsce kanapowe jest tuż obok mamusi, ale póki co nie spieszymy się żeby ją uświadamiać, bo po co... Jak zmądrzeje to sama do tego dojdzie!


No i to by było na tyle o tej naszej operze...

A nie, wróć! To by było na tyle jeśli chodzi o akt pierwszy. 

Bo okazało się że ta opera ma dwa akty.

Drugi akt nastąpił w niecały miesiąc po przybyciu Arii do nas. A dokładnie 9 kwietnia.

Poszedł tatuś z Arią na spacerek do lasu i ... wrócili we trójkę!




I wcale nie o to chodzi, że w środku lasu znaleźli koszyczek z dzidziusiem, o nie!

Ona go tam w lesie SAMA URODZIŁA!!!




No co, też byście mieli oczy jak dwa świecące spodki, gdyby Wasza siostra wróciła ze spaceru do domu z taką niespodzianką, może nie ?!

Najlepsze, że w ciągu tego miesiąca Aria dwa razy była u weterynarza, w celach przeglądowych, miała też robione badania krwi, no i pani doktor miała ją dokładnie obejrzeć żeby powiedzieć w jakim jest stanie po tych tułaczkach. Jak widać, chyba niezbyt dokładnie ją obejrzała.

Aria miała też mieć lada moment tzw. sterylkę, najpierw w schronisku, ale tatuś zabrał ją stamtąd szybciej i zabieg planowany był na kwiecień. Mamusia mówi, że strach pomyśleć co by było gdyby do zabiegu doszło...

No ale nie doszło i okazało się że ta nasza niespodzianka to dziewczynka!

Dostała na imię Vida, bo vida znaczy życie, a jej życie  zostało uratowane dzięki kilku dobrym zbiegom okoliczności. 

Mamusia uważa że nie ma w życiu zbiegów okoliczności. Tak miało po prostu być. 

No i tak właśnie jest!





Mamusia ma jeszcze jedną teorię a propos Vidy,  ale o niej opowiem w następnej notce.



21.06.2022

Psie...mijanie...

Witajcie Kochani. To ja, Mila. 


Bardzo długo nic nie pisałam, mamusia mówi że już pewnie nikt tu już wcale nie zagląda, ale mam nadzieję, że może jednak ktoś zajrzy kiedy do Was znów napiszę, prawda?

Ostatnio pisał tutaj Bohunek, ale niestety już go z nami nie ma... 

Smutno bardzo. Ciężko się pogodzić z psie...mijaniem...

Cudowny to był Braciszek, przeżyliśmy razem pięć wspaniałych lat. Aż pięć i tylko pięć. Zawsze za mało. Strasznie nam go wszystkim brak. 

To prawda, że na początku czułyśmy do niego lekką rezerwę, te pierwsze dni były może trochę trudne, zwłaszcza dla Fibci, która się go nawet chyba bała, ale przecież potem nie było bardziej zgranej psiej rodzinki od naszej! 

Bardzo kochałyśmy naszego Bohunka! Nawet kiedy udawało się mu pierwszemu władować na kanapę mamusi i zająć całe miejsce, nie zostawiając dla nas nawet wolnego skraweczka! 


Na szczęście szybko się tą kanapą nudził, o czym dobrze wiedziałyśmy, i jak tylko postanawiał zmienić miejsce wylegiwania, to biegłyśmy pędem, żeby zająć nasze miejsce przy mamusi.

Oj, to miejsce na kanapie obok mamusi jest naprawdę fajne! Co wieczór po kolacji urządzaliśmy wyścigi, kto pierwszy je zajmie. Czasami, ale bardzo rzadko, mieściliśmy się wszyscy! No ale przyznać trzeba że nie wszystkim było wygodnie...


A trzeba było zobaczyć harce jakie Bohun z Fibcią wyprawiali w kuchni! No, co prawda to głównie Fibi wyprawiała te harce, warcząc przy tym jakby chciała połknąć Bohunka żywcem. Bohun, jak na nowofundlanda przystało, uprawiał harców wersję bardziej stateczną, można by ją nawet nazwać naukowo "ekstensywną", no ale koniec końców harce się odbywały, jak sami możecie zobaczyć.



Ja raczej trzymam się z boku przy tych psich harcach, wydaje mi się że trochę mi już nie wypada szaleć jak jakiemuś szczeniakowi. Mam swoje latka, mam swoją berneńską powagę i nie będę szarpać się z nikim za kudły, a tym bardziej  udawać że mnie to bawi...

A skoro mowa o szczeniakach, to w zeszłym roku mieliśmy taki dość trudny do wytrzymania czas, kiedy przyjeżdżała do nas z wizytą (niejedną!) mała sunia Panda, która na co dzień mieszka z Martą. To była rozrabiaka jakich mało!





Słodka, prawda? Ale ciągle się chciała ze wszystkimi nami witać, całować, ganiać, podgryzać... Doprawdy nie mam pojęcia skąd małe pieski biorą tyle siły i energii! I w dodatku zupełnie nie reagują na pouczenia, jakich rzecz jasna nieraz próbowałam udzielić!

Fibcia ma swoje metody w takich trudnych chwilach, po prostu włazi gdzieś pod łóżko i nikt jej nie namówi na wyjście. No ale mnie nie wypada przecież wciskać się pod meble, nie ma mowy - w moim wieku i przy mojej pozycji, absolutnie wykluczone! No to warczałam na nią i próbowałam udzielać wskazówek wychowawczych, ale przyznać muszę, że z kiepskim dość powodzeniem.

I tu właśnie Bohun okazywał się najlepszym wujkiem dla małej rozrabiaki. Nic sobie nie robił z jej figli, mogła skakać wokół niego (i po nim) bez cienia protestu z jego strony. Nawet myślę że to lubił ... Taką fajną sztamę mieli.


Pandzia dość szybko zresztą wydoroślała i zmądrzała. A może to czas tak szybko leci? W każdym razie teraz kiedy przyjeżdża nie robi już takiej zadymy. Fajnie się wpasowała do naszej rodzinki. No tylko kochanego Wujka już niestety z nami nie ma...  



Jak już wspominam o małej Pandzi, napiszę też o innych naszych psi-kuzynkach. One z kolei mieszkają z Piotrkiem. Bliźniaczki. Bibi i Bubu. 



Nie pytajcie mnie tylko która to Bibi a która Bubu, bo nawet jeśli przez chwilę potrafię je rozróżnić, to zaraz potem zapominam. Może to te moje latka, kto wie.



Fajne są bardzo i bardzo towarzyskie. Oraz bardzo wszędobylskie. Oraz bardzo zabawowe. No to już wiecie, że mimo dużej sympatii którą do nich czuję, nie spędzamy razem wiele czasu. One zresztą głównie wolą bawić się same ze sobą. Znaczy jedna z drugą: Bibi z Bubu a Bubu z Bibi. Jak to zwykle robią bliźniaczki. Tak przynajmniej wytłumaczyła mi to mamusia. No i fajnie. Dzięki temu nie muszę się głowić nad tym jak tu elegancko wywinąć się od psich harców. ;)



Bohunek też je bardzo lubił, choć czasem miałam wrażenie że podczas ich wizyt nie do końca nadążał z ich obserwacją, która dla każdego jest trudna, a co dopiero dla niufa, który z samej definicji jest psem powolnym w obserwacjach (no może oprócz obserwacji kuchennych) . One natomiast potrafią w ciągu trzech sekund trzy razy zmienić miejsce pobytu. I to naprzemiennie, tak żeby nikt nie wiedział która gdzie siedziała i gdzie siedzi teraz. Takie już są tajemnicze te nasze psiekuzyneczki ...  :)

Wspomniałam o kuchennych obserwacjach Bohuna, no tak, był w tym prawdziwym mistrzem. Z odległości kilkudzięsięciu metrów potrafił usłyszeć stukot noża mamusi krojącego cokolwiek: ogórki, kapustę czy cukinię. Natychmiast zjawiał się tuż obok gotów do degustacji.

A kochał warzywka ten nasz Bohunek bardzo! Nawet ja przy nim czasem próbowałam cukinii czy ogórka, przyznaję że już tego nie robię. Jednak w towarzystwie wszystko lepiej smakuje!

Bohun kochał też jabłka i często dostawał je do zjedzenia. Na naszej wsi, gdzie spędzamy weekendy, a już niedługo podobno zamieszkamy na stałe, jabłek jest dużo, więc było co pochrupać. Akurat ja ich jakoś nie lubię. Ale Bohunek za nimi przepadał. Jabłka, gruszki, oraz ...pomidorki prosto z krzaka...


Smutno i pusto mi w tym roku bez niego tu na wsi.

Hmmm.... choć, właściwie PUSTO to może nie jest odpowiednie słowo. 

W następnym poście opowiem Wam więcej na ten temat. 

Mam nadzieję że ktoś tu jednak do mnie zajrzał. 

Dajcie znak że warto znów pisać. 

Obiecuję że będę pisać więcej. Bo i jest o czym, słowo daję ...



Ściski i głaski, jak mawia moja mamusia. 

Wasza Mila.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...