14.08.2023

O tym co lubię robić najbardziej.

Najbardziej ze wszystkiego to lubię się bawić. Mamusia mówi, że to całkiem normalne, bo jeszcze jestem dzieckiem, choć ja już przecież jestem prawie dorosła! Zresztą na pewno zawsze będę lubiła zabawę, nawet jak już będę baaardzo dorosła! Bo zabawa jest bardzo fajna!

Szczególnie wtedy, kiedy jest ktoś, kto się ze mną chce bawić.

Najczęściej bawię się z mamą Arią. Już kiedy byłam bardzo malutka, zawsze się razem bawiłyśmy.


Tak naprawdę to przecież mama-Aria nauczyła mnie zabawy!


Teraz, kiedy jestem duża, też się często razem bawimy.



Mamusia mówi, że mama-Aria ma do mnie świętą cierpliwość, a to pewnie dlatego, że sama jest jeszcze bardzo młoda. 

Mamusia mówi też, że Aria po prostu za wcześnie weszła w dojrzałość, a tak w głębi serca to sama jest jeszcze dużym dzieckiem. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia w co ona weszła. Chciałabym to wiedzieć. 

No ale grunt, że się dobrze bawimy!

Oprócz mamy-Arii mieszka z nami też Fibi, ale Fibi nie bardzo lubi się ze mną bawić. Fibi najbardziej lubi bawić się sama. Najczęściej w pilnowanie zabawek. W ogóle nie pozwala ich sobie zabierać, więc o żadnej zabawie nie ma mowy.



Najbardziej więc lubię, kiedy przyjeżdża do nas moja najlepsza psy-jaciółka, Pandzia. 


Pandzia jest ode mnie trochę starsza, ale bardzo lubi zabawę. 


Z Pandzią zabawa jest najlepsza!

Czasem bawię się też z Mamusią albo Tatusiem, ale to już nie jest to samo...

Po pierwsze nie potrafią tak szybko biegać po podwórku, a po drugie nie chcą się ze mną tarzać po ziemi. 

Nie umieją też kopać dołków! 

Właściwie to czasem kopią jakieś dołki, ale zupełnie nie tam gdzie bym chciała, a tam gdzie oni kopią, to mi już nie pozwalają. No to co to ma być za zabawa??? 

Nie pozwalają też łapać się zębami za ręce. Eeee tam!

Właściwie jedyne co potrafią Mamusia i Tatuś, to szarpać się ze mną sznurkiem, albo rzucać mi piłeczkę albo patyczek, który potem znowu chcą mi zabrać, żeby znowu mi go rzucić. Bez sensu. 

Ale czasem się z nimi w to bawię, żeby nie robić im przykrości.



Bo jestem przecież grzecznym pieskiem!

Aha, przypomniałam sobie coś ważnego: najbardziej to jednak chyba lubię jeść!

Najbardziej ze wszystkiego to kocham smaczki. Za smaczka zrobię prawie wszystko! Nawet mogę na chwilę grzecznie usiąść, a nawet umiem się położyć. Też na chwilę.

No i nie ma takiej siły, która odciągnęłaby mnie od pełnej miseczki! Zjadam wszystko bardzo szybko, żeby nikt mi nic nie podjadł. Tak naprawdę to zawsze mam nadzieję, że zdążę zjeść swoje jedzenie i jeszcze pobiegnę do Fibi i zjem za nią, bo Fibcia zawsze się strasznie grzebie. 

No ale Mamusia zawsze ma mnie na oku. Muszę stać grzecznie z tyłu i czekać aż Fibi skończy.

Potem dopiero mogę wylizać jej miseczkę. Uwielbiam to!


Tak naprawdę to uwielbiam miseczkę Fibci i czasem, kiedy nikt nie widzi, zabieram ją sobie po kolacji na chwilkę, żeby się nią nacieszyć.


No ale nie pozwalają mi. Mamusia zawsze mówi: Vida, to nie jest wafelek!


Co to takiego jest wafelek? Chciałabym to wiedzieć!


5.08.2023

La Vida Loca

Na imię mi Vida. Czasami mówią na mnie la Vida Loca, ale nie rozumiem co to znaczy. 

Chciałabym to wiedzieć. 

Jak widzicie jestem już całkiem duża. Niedługo będę miała półtora roku, a to znaczy że nie jestem już szczeniaczkiem, tylko prawie dorosłym psem! Dlatego właśnie powierzono mi zadanie prowadzenia psiego bloga, 

Tak naprawdę, to sama się zgłosiłam, bo nikt inny nie chciał się nim zająć. Dawniej pisała go Ciocia Mila...

a wcześniej wujek Aron, którego niestety nie znałam, bo było to dawno temu, kiedy jeszcze się nie urodziłam. 


Niestety nie ma ich już z nami, bo, jak powiedziała Mamusia, wybrali się za Tęczowy Most. Nie wiem gdzie to jest, ale zdaje się że dość daleko. Chciałabym to wiedzieć.

Nie znałam też innego wujka, Bohuna, bo też nie było mnie jeszcze na świecie.


Mamusia mówi, że jestem do niego bardzo podobna, tak jakbym była jego młodszym wcieleniem. Nie wiem co to znaczy, chciałabym to wiedzieć. 

Podobna to raczej nie jestem, wystarczy spojrzeć jaki on był kudłaty i potargany, a ja mam śliczne, gładkie futerko. No ale to ponoć z charakteru jestem podobna. Że taka lekko zwariowana, czy coś. No może. Jeśli on był taki ciekaw świata i zachwycony wszystkim dookoła, to może rzeczywiście jestem podobna.

Wracając do pisania bloga: na propozycję Mamusi Fibcia odpowiedziała, że skoro nazywają ją owieczką, to jako owieczka nie musi mieć pojęcia o komputerach, nie mówiąc już o literkach. I nie zamierza się tego wszystkiego uczyć. Co to jest owieczka? Chciałabym to wiedzieć.



Moja mama-Aria w ogóle nie ma czasu na takie rzeczy, jak pisanie bloga, bo jej życiową misją jest pilnowanie. 

Czego pilnuje Aria? W zasadzie to wszystkiego. Jest naprawdę bardzo zabiegana. Pilnuje wszystkich samochodów, które przejeżdżają za płotem, pilnuje dzieci sąsiadów, które bawią się często na drodze, pilnuje też żeby rodzice usłyszeli kiedy kurier przywozi paczkę. No i Tatusia pilnuje, gdzie tylko Tatuś idzie, to Aria idzie za nim, kładzie się niedaleko i go pilnuje. A przede wszystkim pilnuje porządku. Dlatego rodzice śmieją się z niej i nazywają ją Panią Sierżant. Nie rozumiem dokładnie co w tym jest śmiesznego, chciałabym to wiedzieć, no ale to przecież normalne, że jeszcze wszystkiego nie rozumiem, bo nie jestem jeszcze dorosła, tylko PRAWIE dorosła.

No więc zgłosiłam się na ochotnika, choć jeszcze za bardzo nie wiem co tu będę pisać. Mamusia mówi, że dam sobie radę, wystarczy że będę Wam opowiadać co się u nas dzieje. No to spróbuję. 

Teraz na przykład jest wieczór i właśnie dostaliśmy kolację. Bardzo lubię tę porę. W brzuszku robi się cieplutko i zaczynam czuć się trochę senna...

Tak więc resztę Wam opowiem w następnym odcinku. No to paa!



13.07.2022

PSIAniołecek ;)



Nie wiem kiedy to się stało, ale z tej małej, czarnej, piszczącej kluseczki nagle zrobił się prawdziwy piesek!




Nie dość, że prawdziwy, to jeszcze okropnie rozrabiacki! Całymi dniami Vida by się tylko bawiła, biegała, i gryzła co jej tylko wpadnie do pyska ! 

Aria jest naprawdę bardzo dzielną mamusią, że to wszystko wytrzymuje. A nawet całkiem chętnie się z tą małą rozrabiaką bawi!




Mamusia mówi, że Aria jest jeszcze sama młodziutka i dlatego tak lubi się bawić ze swoją córeczką. No prawda, że mnie na pewno by nikt do tego nie zmusił! Nie, żebym była jakaś strasznie stara, ale poważna jestem i tyle!

Vida często próbuje mnie wciągnąć do swoich swawoli, ale nic z tego, mam swoją godność i nie lubię się tarzać ani ganiać ze szmatami w pysku! Czasem muszę porządnie warknąć, żeby to zrozumiała. 

A i tak mam wrażenie, że nic nie rozumie, bo za parę chwil znów mnie napada i znowu muszę jej od początku wszystko tłumaczyć...

Eh, te dzieci...

Dopóki była małą śmieszną kluseczką, to lubiłam do niej zaglądać, taki był mały z niej PSIAniołecek ...

A teraz to już raczej staram się trzymać z daleka, kto by miał cierpliwość do takiego łobuza!

Na szczęście, jak już się tak mocno wyszaleje, to najczęściej pada tam gdzie była i od razu zasypia!









Mamusia mówi, że ona ma w sobie taką bateryjkę, która po jakimś czasie się całkiem wyczerpuje i musi się znów naładować, żeby mieć siłę na dalszą zabawę.

Może faktycznie coś w tym jest, ale ja bym wolała żeby miała jeszcze taki mały guziczek, którym można by ją wyłączyć kiedy już ma się dosyć tego wariactwa!



Zobaczcie tylko jaka już jest wielka!

Nie mam pojęcia jak ona to robi, ale codziennie wydaje się być większa!

A minkę potrafi robić bardzo niewinną, prawda?




Prawdziwy z niej PSIAniołecek, co nie ?





7.07.2022

Psi maluszek


Od pamiętnego kwietniowego spaceru minęło już sporo czasu i wierzcie mi: nasze dość spokojne życie uległo całkowitej zmianie! Małej Vidzie (nazywanej dość nieopatrznie przez Mamusię La Vida Loca, co po hiszpańsku znaczy ni mniej ni więcej tylko "szalone życie") udało się wywrócić je do góry nogami. W przenośni, oraz dosłownie. Ale o tym jeszcze opowiem...

Okazało się poza tym że ta mała Vida nie jest aż taka mała!


Pierwszego dnia została od razu uroczyście zważona na kuchennej wadze i okazało się że tej małej Vidy jest aż pół kilo! No ja wiem, że to nie jest strasznie znów dużo, ale podobno jak na szczeniaka to całkiem spora waga.

Tą wagą zresztą rodzice strasznie się wciąż interesowali, mała była ważona rano i wieczorem, a nawet na lodówce zawisł taki rejestr!


Jak widać "maleństwo" rosło jak na drożdżach, rosło i rosło, aż w końcu mamusia się z  tym ważeniem poddała. Właściwie to nie wiem czy dlatego że miejsce na kartce się skończyło, czy dlatego że waga kuchenna nie chciała już współpracować z ciężarem powyżej dwóch i pół kilo. A poza tym Vida też nie bardzo chciała współpracować przy ważeniu: wierciła się i uciekała z wagi. Nie pomogło nawet wkładanie jej do pudełka, bo ciągle z tego pudełka wyłaziła!







Czytając różne internetowe tabelki, mamusia zapowiedziała że będzie z Vidy duży pies. Być może nawet większy od Arii, czyli jej własnej mamy! Zabawne, nie ?

No bo tak naprawdę, jak się zastanowić, to Vidzia zupełnie nie jest podobna do swojej mamy. Pewnie jest bardziej podobna do taty, w każdym razie tak możemy sobie myśleć.

Tak czy siak, słodki był z niej maluszek, a co wyrośnie to się zobaczy!




No właśnie, wiecie co mówi mamusia? Nasza mamusia, nie Vidy mamusia.
Otóż nasza mamusia mówi, że Vida jest taka czarna, bo to Bohunek do nas wrócił w jej postaci.

Że tak jak ludzkie dusze wracają na ziemię w innym ciele, tak samo i psie dusze tak robią.

No i że właśnie Vida ma w sobie duszę naszego kochanego Bohunka, bo do nas tęsknił i postanowił do nas wrócić.

Mnie się ta myśl bardzo podoba... A Wam ?


27.06.2022

Psia opera w dwóch aktach...

Wspominałam chyba już, że się dzieje ?

No dzieje się ...

Pewnego marcowego wieczoru rodzice zaczęli coś szeptać między sobą. Ciekawska z natury nie jestem, ale udało mi się usłyszeć że o muzyce mowa: o ariach operowych czy jakoś tak. No trochę dziwna sprawa, bo rzadko chyba do opery chodzą. Śpiewają w domu też nieczęsto, choć czasem to i owszem, słyszę jak mamusia coś tam sobie nuci, albo śpiewa jak jedziemy razem samochodem i słuchamy muzyki, ale żeby zaraz miała wystąpić w operze ? I jeszcze coś o wilkach mówili, ale że żadnej opery o wilkach nie znam, to myślałam że mi się wydawało.

No i okazało się kilka dni później, że faktycznie nie o operę o wilkach chodziło!

Pojechali gdzieś w sobotę, mówili że zaraz wrócą. Po czym wraca sama mamusia i bierze mnie i Fibi na spacer. Zwariowała ? - myślę sobie - o tej porze? - no,  ale spaceru się nie odmawia, więc lecimy...

No i sami popatrzcie co było dalej ...


To właśnie właśnie była ONA. Aria. Aria ma na imię. Nasza nowa  siostra, wilczyca. Taka to właśnie ta nasza opera...

Od samego początku poczułam do niej sympatię, choć poczułam również wiele innych rzeczy, a głównie zapachów i to niekoniecznie ładnych. Okazało się że Aria błąkała się jakiś czas po świecie, ktoś ją w końcu znalazł i zaprowadził do schroniska. A tam ją znalazł tatuś. 

A że spędziła w plenerach chyba długi czas, to chyba dawno się nie kąpała, bo straaasznie była brudna!

No i chuda strasznie była. Ale wiadomo że w naszej rodzince chudych nie ma, więc i ona niedługo będzie okrąglutka ...

Tak więc pierwsze jej doświadczenie u nas w domu to była kąpiel. I to niejedna, bo jedna nie wystarczyła żeby zmyć wszystkie ślady i zapachy. Ale że dziewczyna dzielna i grzeczna, pozwoliła się wyczyścić bez problemu. 

i od razu lepsza minka!


No dobra, może mina akurat nieszczególna, wygląda tu trochę jak nomen omen zmokły pies, ale za to jaka czyściutka!

Ale tu już lepiej, co nie ?


W ogóle to się Aria bardzo szybko wpasowała w naszą rodzinkę, ładnie razem wyglądamy, prawda ?


Na spacerkach też ładnie się komponujemy, tylko fotki nie wychodzą, bo jak zwykle co trzy babskie głowy, to trzy pomysły na pozowanie ... ;)








No dobra, przyznaję się że w ogóle się do tego pozowania nie przykładałam, ale to dlatego że mam już doświadczenie i wiem, że to się prawie nigdy nie udaje. Gdzie kucharek sześć ... itp.

Jak już wspomniałam, nasza nowa siostrzyczka bardzo szybko wpasowała się do rodzinki.
I bardzo szybko pojęła też do czego służą kanapy!



Jeszcze co prawda nie skumała, że najlepsze miejsce kanapowe jest tuż obok mamusi, ale póki co nie spieszymy się żeby ją uświadamiać, bo po co... Jak zmądrzeje to sama do tego dojdzie!


No i to by było na tyle o tej naszej operze...

A nie, wróć! To by było na tyle jeśli chodzi o akt pierwszy. 

Bo okazało się że ta opera ma dwa akty.

Drugi akt nastąpił w niecały miesiąc po przybyciu Arii do nas. A dokładnie 9 kwietnia.

Poszedł tatuś z Arią na spacerek do lasu i ... wrócili we trójkę!




I wcale nie o to chodzi, że w środku lasu znaleźli koszyczek z dzidziusiem, o nie!

Ona go tam w lesie SAMA URODZIŁA!!!




No co, też byście mieli oczy jak dwa świecące spodki, gdyby Wasza siostra wróciła ze spaceru do domu z taką niespodzianką, może nie ?!

Najlepsze, że w ciągu tego miesiąca Aria dwa razy była u weterynarza, w celach przeglądowych, miała też robione badania krwi, no i pani doktor miała ją dokładnie obejrzeć żeby powiedzieć w jakim jest stanie po tych tułaczkach. Jak widać, chyba niezbyt dokładnie ją obejrzała.

Aria miała też mieć lada moment tzw. sterylkę, najpierw w schronisku, ale tatuś zabrał ją stamtąd szybciej i zabieg planowany był na kwiecień. Mamusia mówi, że strach pomyśleć co by było gdyby do zabiegu doszło...

No ale nie doszło i okazało się że ta nasza niespodzianka to dziewczynka!

Dostała na imię Vida, bo vida znaczy życie, a jej życie  zostało uratowane dzięki kilku dobrym zbiegom okoliczności. 

Mamusia uważa że nie ma w życiu zbiegów okoliczności. Tak miało po prostu być. 

No i tak właśnie jest!





Mamusia ma jeszcze jedną teorię a propos Vidy,  ale o niej opowiem w następnej notce.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...