25.07.2013

My psy i ...


Witajcie, tu znowu Mila. Aron jakoś ostatnio nie pisze, więc postanowiłam znowu dobrać się do kompa. Pisanie bloga bardzo mi się podoba :)

Jak wiecie, w naszym domu oprócz nas i naszych ludzi mieszkają też inne zwierzaki. Są trzy papugi i jest jeszcze świnka...

Dziś poznam Was właśnie ze świnką, a właściwie to ze świnkiem morskim. Nie wiem właściwie dlaczego jest morski, bo pływać chyba nie umie. Mamusia powiedziała kiedyś że tak naprawdę to on powinien być zamorski, bo pochodzi z bardzo daleka. No dobra, ja jej wierzę, zamorski to zamorski.

No to przedstawiam Wam naszego świnka zamorskiego:



Świnek należy właściwie do Marty i ma bardzo dziwne imię. Nazywa się Świstoświnka, to podobno na cześć pewnej znanej sowy... Hm...

Jeśli ktoś coś z tego rozumie, to bardzo proszę żeby mi wyjaśnił, bo ja zupełnie nie łapię o co tu chodzi. Ale zauważyłam, że z imionami w naszej rodzinie jest jakieś ogólne pomieszanie z poplątaniem. Kiedyś na pewno Wam o tym opowiem, ale to już innym razem.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam świnka z bliska, bardzo się zdziwiłam, bo przypominał mi trochę mojego ukochanego króliczka.



No dobra, może nie jest aż tak bardzo podobny, ale tak jakby troszkę.
Mamusia chyba się domyśliła co sobie pomyślałam, bo od razu mi zapowiedziała, że nie wolno łapać świnka do buzi i biegać z nim po domu. 

On zresztą nie grzechocze, tylko tak śmiesznie świszcze, pewnie dlatego ma to swoje imię, a nie od żadnej sowy...


A zresztą przecież i tak nie łapałabym go do buzi, bo on jakoś dziwnie pachnie...



Ale tak w ogóle to jest bardzo milutki i sympatyczny. Trochę się nawet zaprzyjaźniliśmy. Chyba się mnie nie bał, bo też mnie przyszedł z bliska powąchać.


Świnek był niedawno chory, bolał go brzuszek i nie chciał jeść. Mamusia go karmiła strzykawką, zupełnie tak samo jak ptaszka - Felka.


Ale kiedy dostał zielone listki pietruszki to okazało się, że jednak ma apetyt.


Nie wiem co prawda co on widzi w tych listkach, nie sądzę żeby to było dobre. On zresztą je same dziwne rzeczy.

 

To takie coś kolorowe mamusia nazywa granulatem. Spróbowałam kiedyś z podłogi jednego takiego granulata, ale szybko wyplułam, pfe! Zupełne paskudztwo! Ani to pachnie, ani smakuje. A te żółtozielone łodygi to sianko i to też jest świnkowy przysmak. A jak się zmęczy, to się w nim zakopuje i sobie śpi.

Ja tam zdecydowanie wolę zakopywać się w kocykach i poduszkach :)


To tyle o naszym świnku zamorskim.  Innym razem pokażę Wam nasze papugi, one to dopiero są dziwne...  




14.06.2013

Psie zabawy

Cześć, to znowu ja, Mila !

Aron mianował mnie współblogerką, więc mogę teraz pisać na blogu kiedy tylko zechcę. Cieszę się, bo jest tyle fajnych rzeczy do opowiedzenia, bardzo lubię tu pisać!

Aron mówi, że ze mnie straszna gaduła jest, ale że tak mają wszystkie baby, no ja nie wiem, ale kiedy mam coś do powiedzenia, to po prostu mówię, a nie czekam kiedy ktoś sam wpadnie na to co mam na myśli...




Ale tak w ogóle to staram się być grzecznym psem i zawsze słuchać poleceń, a najbardziej to tatusia.

No... albo prawie zawsze... bo czasem nie mam cierpliwości czekać bez końca jak idzie ze smakołykiem gdzieś daleko, a mnie każe siedzieć spokojnie aż mnie zawoła. No jaki to ma sens, ja się pytam, kiedy od razu mogę być tam gdzie on jest, a po co mam siedzieć i potem lecieć z wywieszonym językiem żeby go dogonić..
Ehh, ale czasem nie sposób zrozumieć co ludzie mają na myśli.

Mamusia też mnie uczy żebym czekała, aż ona postawi moją miskę na schodku, a potem dopiero przyszła i jadła. No i ja udaję że cały czas czekam, ale jak tylko się mamusia odwróci to robię szybko dwa kroczki i znowu siadam grzecznie jak psi aniołek. Kiedyś podejrzała mnie Marta i powiedziała że się bawię z mamusią w "raz dwa trzy baba jaga patrzy"... Nie wiem co to za zabawa, ale fajna jest. A najważniejsze że na koniec dostaję swoją miseczkę pełną jedzenia...

Aron też ma swoje zabawy. Najfajniejsza jest kiedy mamusia się zabiera do odkurzania. Aron wtedy rozkłada się na samym środku i zasypia. To znaczy on tylko udaje, że mocno śpi, bo kto by mógł spać przy tym wyjącym i warczącym okropnie odkurzaczu?



Ja się co prawda odkurzacza nie boję, ale wolę się trzymać od niego z daleka, bo taki jakiś jest... dziwny. 

A Aron nic. To dzielny chłopak jest!

Zupełnie się nim nie przejmuje, nawet kiedy mamusia próbuje go przegonić, krzyczy na niego, a nawet kiedy zaczyna mu odkurzać tą syczącą szczotką futro!


A Aron ani drgnie!


Ostatnio przeszedł samego siebie, bo kiedy mamusia zaczęła go odkurzać, to on się odwrócił na plecy i nastawił brzuszek do wyczyszczenia!...

No ale mamusia ma swoje sposoby. Jeśli jej naprawdę zależy na wolnej podłodze, to idzie do kuchni, otwiera lodówkę i wyjmuje jakiś przysmaczek. Aron oczywiście od razu się budzi i grzecznie idzie tam gdzie mamusia mu każe. 

Do końca nie wiem, czy to jest mamusi sposób na Arona, czy może Arona sposób na mamusię...

W każdym razie zabawę mamy niezłą...

11.06.2013

Psie włóczęgi


Na dźwięk słowa "spacerek" zawsze się bardzo cieszymy.
A w weekend cieszymy się podwójnie, bo najczęściej są to wyprawy do lasu.
Ostatnio też byliśmy na takiej wyprawie.

Nabiegaliśmy się z Milką za wszystkie czasy...


Czasem zwiedzaliśmy razem


a czasem każde z nas szło w swoją stronę...

                          



Mila lubi się wylegiwać na trawie 


i lubi też się w niej tarzać



A ja raczej wolę zwiedzać  różne chaszcze






ale najczęściej stoję i czekam na nią, aż sie wyleży i znów będziemy mogli dalej razem zwiedzać.


Fajnie jest być psim włóczęgą!







31.05.2013

Pasterska wizyta :)


Wczoraj było u nas niezłe zamieszanie. Sami tylko zobaczcie ...


Nie, nie troi się Wam w oczach. Ja też co chwilę miałem takie wrażenie. Ale to po prostu przyjechała do nas berneńska rodzinka Mili, z daleka, bo aż ze Śląska.

Żeby było jasne, na górnym zdjęciu  n i e  m a  Mili...

To wszystko są nasi goście.

Nie licząc oczywiście mnie. Ale mnie łatwo rozpoznać, bo ja nie jestem tricolor ;)

A teraz zagadka: która to Mila ?




Powiem szczerze, że sam się nad tym trochę głowiłem, no i gdyby nie ten Milki biały wąsik, to naprawdę bym chyba zwątpił...

Chwil zwątpienia miałem zresztą kilka, bo w oczach mi się dwoiło i troiło.

Przez dobrych parę chwil czułem się po prostu oszołomiony. Przez moment zastanawiałem się nawet czy to przypadkiem nie kolejna niespodzianka moich rodziców, którzy postanowili może znowu powiększyć nasze psie stado...  ;o



No ale nie. To naprawdę byli goście :)




I  w dodatku bardzo fajni.

Najbardziej chyba polubiłem Bunię, ale ona chyba mnie nie aż tak bardzo, bo zamiast zgodzić się na propozycję wspólnej zabawy, wolała chować się przede mną za płotkiem...


Trochę myślę sobie, że to była taka babska kokieteria, bo bardzo pięknie się Bunia komponowała w Mamusinych hostach i paprociach...


No ale ja, jak to ja, nie zamierzałem się narzucać.

Wiki, ta panna którą widać z lewej strony, wcale nie bardzo była mną zainteresowana, co dosyć szybko dała mi odczuć. A ten Bern, który siedzi po prawej, ma na imię Benuś. Z nim się jakoś dogadałem. Fajny chłop z niego.


Na tym zdjęciu on pilnuje swojego tatusia, a ja swojego. Żeby nam się nie pomieszali.


Generalnie to po pierwszym zamieszaniu, każdy starał się pilnować swojej rodzinki, żeby się potem
nie okazało, że został nie ten kto miał zostać, a pojechał nie ten kto miał pojechać...


Rwetes się zrobił tylko w kuchni, kiedy się okazało, że Mamusia Buni przywiozła psiepyszne psiesmaczki...




Ale kiedy już każdy dostał coś na ząbek, to wspólnie zalegliśmy podłogę w kuchni, znów pilnując, żeby wszystko i wszyscy byli na swoich miejscach.



Nawet Bunia też ich wolała mieć na oku. Strzeżonego Pasterz strzeże...



To był bardzo fajny dzień. Pomimo tego zawrotu głowy na początek, bawiliśmy się naprawdę nieźle!

A teraz powiem Wam dlaczego ta wizyta była pasterska. Jak wiecie, Mila i Mili rodzinka ze Śląska, to berneńczyki, czyli Berneńskie Psy Pasterskie.

I od nich właśnie wzięła swoją nazwę Fundacja Pasterze, która pomaga bezdomnym berneńczykom i owczarkom podhalańskim. A z tego co wiem, niejeden pies nie-pasterski również znalazł u nich pomoc. Fundacja Pasterze organizuje tym psiakom opiekę i pomaga znaleźć ten jeden jedyny prawdziwy DOM.

Dzięki tej Fundacji Mila trafiła do nas, bo Rodzice znaleźli ja na Pasterskim Forum, kiedy szukała domu i postanowili ją adoptować. Już niedługo minie rok od tego pięknego dnia!

I Wiki i Bunia też pochodzą z adopcji, a ich Mamusia pomagała też Milce w jej poszukiwaniach domu.

Jak pewnie niektórzy z Was pamiętają,  ja też jestem psem adoptowanym. Jest nas, psów niechcianych, bardzo, bardzo wiele. Mnie i Milce się w życiu poszczęściło. Ale wielu moim kolegom nie udało się jeszcze znaleźć prawdziwego domu. Dlatego, kiedy słyszycie że ktoś szuka psiego przyjaciela, doradźcie mu żeby zamiast kupować, zajrzał na strony psich ogłoszeń. Tam na pewno od dawna czeka na niego ten jeden jedyny prawdziwy PSYjaciel. I będzie go kochał tak mocno, jak ja kocham swoją Rodzinkę :)



27.05.2013

Ptaszek Feluś


Cześć, to znowu ja, Mila!

Opowiem Wam o gościu, który odwiedził nas kilka dni temu. Był to malutki ptaszek...


Tatuś uratował mu życie, bo ptaszek wpadł do wielkiej michy pełnej wody, która stała w ogrodzie.

Nie dość, że sobie nie mógł dać rady w tej wodzie, to jeszcze atakowała go sójka, próbując go wyłowić, pewnie dla siebie na śniadanie...

Ptaszek wylądował więc u nas w domu. Dostał nawet własny domek, czyli klatkę, których w naszym domu nie brakuje, bo ciągle mieszkają z nami jakieś papugi. Teraz mają taką wieeelką klatkę na kółkach, więc te małe stoją sobie na strychu. No i wreszcie się jedna przydała.



Ptaszek nazywał się mazurek, ale Mamusia i Marta mówiły do niego Feluś.

Całkiem był wesolutki i prawie wcale się nie bał. 


Ale zupełnie nie chciał jeść ze strzykawki. Ja to  wcale mu się nie dziwię. Ja też bym nie chciała jeść takiej paciajki, a strzykawka kojarzy mi się z czymś zupełnie innym...


Mamusia powiedziała, że po nocy trzeba go będzie jak najszybciej wypuścić w ogródku i patrzeć czy przylecą do niego rodzice i czy przypadkiem nie będzie go szukała ta paskudna sójka...


 Strasznie mi się ten Feluś spodobał, pogadałam z nim trochę przez kraty i powiedziałam mu, żeby się zupełnie nie bał u nas zostać na noc, bo u nas w domu jest fajnie.


Powiedział, że ok, ale że wolałby wrócić do swojego domku na drzewie i do rodziców, którzy na pewno się o niego bardzo martwią.



No a potem to sobie siedział spokojnie na patyczku i się nam wszystkim przyglądał.




No a rano, kiedy był już zupełnie suchy, Mamusia zaniosła klatkę do ogródka


i otworzyła drzwiczki...

a Felek jakby tylko na  to czekał i zrobił frrrrrrrr....

i tyle go widzieliśmy.


Tak naprawdę to widzieliśmy jak usiadł na balkonie sąsiadów a potem na barierce naszego tarasu. A potem zrobiło się głośno i przyleciały inne małe ptaszki. 

Mamusia powiedziała, że to jego rodzice przylecieli po niego.

I fajnie. Feluś wrócił do swojego domku i swojej rodzinki. Wszędzie nam dobrze, ale w prawdziwym domu jest najlepiej!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...