31.05.2013

Pasterska wizyta :)


Wczoraj było u nas niezłe zamieszanie. Sami tylko zobaczcie ...


Nie, nie troi się Wam w oczach. Ja też co chwilę miałem takie wrażenie. Ale to po prostu przyjechała do nas berneńska rodzinka Mili, z daleka, bo aż ze Śląska.

Żeby było jasne, na górnym zdjęciu  n i e  m a  Mili...

To wszystko są nasi goście.

Nie licząc oczywiście mnie. Ale mnie łatwo rozpoznać, bo ja nie jestem tricolor ;)

A teraz zagadka: która to Mila ?




Powiem szczerze, że sam się nad tym trochę głowiłem, no i gdyby nie ten Milki biały wąsik, to naprawdę bym chyba zwątpił...

Chwil zwątpienia miałem zresztą kilka, bo w oczach mi się dwoiło i troiło.

Przez dobrych parę chwil czułem się po prostu oszołomiony. Przez moment zastanawiałem się nawet czy to przypadkiem nie kolejna niespodzianka moich rodziców, którzy postanowili może znowu powiększyć nasze psie stado...  ;o



No ale nie. To naprawdę byli goście :)




I  w dodatku bardzo fajni.

Najbardziej chyba polubiłem Bunię, ale ona chyba mnie nie aż tak bardzo, bo zamiast zgodzić się na propozycję wspólnej zabawy, wolała chować się przede mną za płotkiem...


Trochę myślę sobie, że to była taka babska kokieteria, bo bardzo pięknie się Bunia komponowała w Mamusinych hostach i paprociach...


No ale ja, jak to ja, nie zamierzałem się narzucać.

Wiki, ta panna którą widać z lewej strony, wcale nie bardzo była mną zainteresowana, co dosyć szybko dała mi odczuć. A ten Bern, który siedzi po prawej, ma na imię Benuś. Z nim się jakoś dogadałem. Fajny chłop z niego.


Na tym zdjęciu on pilnuje swojego tatusia, a ja swojego. Żeby nam się nie pomieszali.


Generalnie to po pierwszym zamieszaniu, każdy starał się pilnować swojej rodzinki, żeby się potem
nie okazało, że został nie ten kto miał zostać, a pojechał nie ten kto miał pojechać...


Rwetes się zrobił tylko w kuchni, kiedy się okazało, że Mamusia Buni przywiozła psiepyszne psiesmaczki...




Ale kiedy już każdy dostał coś na ząbek, to wspólnie zalegliśmy podłogę w kuchni, znów pilnując, żeby wszystko i wszyscy byli na swoich miejscach.



Nawet Bunia też ich wolała mieć na oku. Strzeżonego Pasterz strzeże...



To był bardzo fajny dzień. Pomimo tego zawrotu głowy na początek, bawiliśmy się naprawdę nieźle!

A teraz powiem Wam dlaczego ta wizyta była pasterska. Jak wiecie, Mila i Mili rodzinka ze Śląska, to berneńczyki, czyli Berneńskie Psy Pasterskie.

I od nich właśnie wzięła swoją nazwę Fundacja Pasterze, która pomaga bezdomnym berneńczykom i owczarkom podhalańskim. A z tego co wiem, niejeden pies nie-pasterski również znalazł u nich pomoc. Fundacja Pasterze organizuje tym psiakom opiekę i pomaga znaleźć ten jeden jedyny prawdziwy DOM.

Dzięki tej Fundacji Mila trafiła do nas, bo Rodzice znaleźli ja na Pasterskim Forum, kiedy szukała domu i postanowili ją adoptować. Już niedługo minie rok od tego pięknego dnia!

I Wiki i Bunia też pochodzą z adopcji, a ich Mamusia pomagała też Milce w jej poszukiwaniach domu.

Jak pewnie niektórzy z Was pamiętają,  ja też jestem psem adoptowanym. Jest nas, psów niechcianych, bardzo, bardzo wiele. Mnie i Milce się w życiu poszczęściło. Ale wielu moim kolegom nie udało się jeszcze znaleźć prawdziwego domu. Dlatego, kiedy słyszycie że ktoś szuka psiego przyjaciela, doradźcie mu żeby zamiast kupować, zajrzał na strony psich ogłoszeń. Tam na pewno od dawna czeka na niego ten jeden jedyny prawdziwy PSYjaciel. I będzie go kochał tak mocno, jak ja kocham swoją Rodzinkę :)



27.05.2013

Ptaszek Feluś


Cześć, to znowu ja, Mila!

Opowiem Wam o gościu, który odwiedził nas kilka dni temu. Był to malutki ptaszek...


Tatuś uratował mu życie, bo ptaszek wpadł do wielkiej michy pełnej wody, która stała w ogrodzie.

Nie dość, że sobie nie mógł dać rady w tej wodzie, to jeszcze atakowała go sójka, próbując go wyłowić, pewnie dla siebie na śniadanie...

Ptaszek wylądował więc u nas w domu. Dostał nawet własny domek, czyli klatkę, których w naszym domu nie brakuje, bo ciągle mieszkają z nami jakieś papugi. Teraz mają taką wieeelką klatkę na kółkach, więc te małe stoją sobie na strychu. No i wreszcie się jedna przydała.



Ptaszek nazywał się mazurek, ale Mamusia i Marta mówiły do niego Feluś.

Całkiem był wesolutki i prawie wcale się nie bał. 


Ale zupełnie nie chciał jeść ze strzykawki. Ja to  wcale mu się nie dziwię. Ja też bym nie chciała jeść takiej paciajki, a strzykawka kojarzy mi się z czymś zupełnie innym...


Mamusia powiedziała, że po nocy trzeba go będzie jak najszybciej wypuścić w ogródku i patrzeć czy przylecą do niego rodzice i czy przypadkiem nie będzie go szukała ta paskudna sójka...


 Strasznie mi się ten Feluś spodobał, pogadałam z nim trochę przez kraty i powiedziałam mu, żeby się zupełnie nie bał u nas zostać na noc, bo u nas w domu jest fajnie.


Powiedział, że ok, ale że wolałby wrócić do swojego domku na drzewie i do rodziców, którzy na pewno się o niego bardzo martwią.



No a potem to sobie siedział spokojnie na patyczku i się nam wszystkim przyglądał.




No a rano, kiedy był już zupełnie suchy, Mamusia zaniosła klatkę do ogródka


i otworzyła drzwiczki...

a Felek jakby tylko na  to czekał i zrobił frrrrrrrr....

i tyle go widzieliśmy.


Tak naprawdę to widzieliśmy jak usiadł na balkonie sąsiadów a potem na barierce naszego tarasu. A potem zrobiło się głośno i przyleciały inne małe ptaszki. 

Mamusia powiedziała, że to jego rodzice przylecieli po niego.

I fajnie. Feluś wrócił do swojego domku i swojej rodzinki. Wszędzie nam dobrze, ale w prawdziwym domu jest najlepiej!


21.05.2013

O, psiakostka!


W ostatni weekend dostaliśmy od Tatusia następną wielką, cudowną kość.

To znaczy... Milka ją dostała...



Strasznie jej smakowała, gryzła ją i gryzła,


wąchała i lizała, mlaskała i znowu gryzła ...


i chyba zupełnie zapomniała, że miała się ze mną podzielić tą kością...


No ale ja jestem psem dobrze wychowanym, więc jej nie chciałem przeszkadzać...

Ale nie ukrywam, że trochę mi było smętnie na mojej czarnej, kudłatej, psiej duszy ...

i strasznie jej zazdrościłem...


Dopóki sobie nie przypomniałem,

że ja przecież też dostałem kość...


O, psiakostka, chyba zaczynam mieć sklerozę!

7.05.2013

PSY sobocie po robocie...



Bardzo pracowity był ten ostatni weekend, znaczy mamusia i tatuś dużo w ogródku pracowali...

Ale ja też się jakoś tak zaraz poczułem strasznie zmęczony ...


Cudownie się tak po robocie wypoczywa ...


Zwłaszcza że dostaliśmy z Milą wspaniałą wielką kość do obgryzienia...


Milka ją napoczęła, a ja ją sobie dokończyłem.

Uff, naprawdę miałem po czym wypoczywać, wyobrażacie sobie ile roboty jest z taką ogromną kością?!

Za to Mila nie usiedzi nawet na chwilę, ciągle biega po ogrodzie tu i tam.


Taka wiercipięta z niej jest.


A jak już nawet usiądzie, to nie może wytrzymać nawet chwilki spokojnie.


 W przeciwieństwie do mnie ...


Ja spokojnie wytrzymuję take spokojne leżenie. Ani drgnę.


Czy widzicie żebym się wiercił albo kręcił? 


No właśnie, nie! Bo ja jestem raczej takim psem   s t a c j o n a r n y m ...

14.04.2013

Psie drzemki



W moim dawnym życiu spałam... nie, tak naprawdę to już nie pamiętam gdzie spałam. 

W każdym razie aż do niedawna nie wiedziałam do czego służy KANAPA ...
Odkryłam to dopiero tutaj, w moim prawdziwym domu.

Nie macie pojęcia jaka to wspaniała rzecz, taka kanapa!  Ja też nie miałam.

Ale już teraz WIEM!




Uwielbiam drzemać na kanapie, najbardziej to z moją mamusią, ale bez niej też jest fajnie się tak wylegiwać.


Często wieczorami ucinamy sobie z Aronkiem psią drzemkę. To znaczy ja drzemię na kanapie, a on obok...



Aron mówi, że mu niewygodnie i za gorąco. Ale ja myślę, że ta kanapa jest po prostu na niego za mała... 

A ja się mieszczę w sam raz. 

Mamusia się śmieje, skąd ja wiem do czego służy poduszka:


No przecież mam oczy, to wiem jak ludzie sobie śpią!

I nawet wiem do czego służy kocyk:



Och, jaka miła ta drzemka...

Nie, no nie zawsze przecież tak się wyleguję. 
Najczęściej jednak drzemię, tak jak Aron, na psich kołderkach, których mamy w domu całe mnóstwo.

Jak widać, dla Aronka też niektóre są za małe:


No ale, jakoś tam się w końcu można wygodnie ułożyć i dalej razem sobie drzemać...





7.04.2013

To ja, Mila :)

Aron powiedział, że mogę tu czasem coś do Was napisać. No to piszę:

Cześć, to ja, Mila :)


Tak naprawdę mam podobno na imię Baghira. Ale już nie pamiętam kto i kiedy tak do mnie mówił. Musiało to być bardzo dawno temu. Pewnie byłam mała. Niewiele z tamtych czasów pamiętam.

Pamiętam później dom pełen psów i bardzo miłą i kochaną panią, która mnie często przytulała. Chyba wtedy po raz pierwszy poczułam że ludzie są do kochania. Teraz już to wiem na pewno :)
W tamtym domu nazywano mnie Mirą i Mircią. Było tam bardzo fajnie i wesoło. Była nas cała radosna gromadka i pamiętam te dni jak najwspanialszy psi sen.

Później jechałam długo samochodem, aż dojechałam tutaj.
Tutaj już jestem na zawsze. Wiem to na pewno.

Wiem, że już znacie moją ludzką rodzinkę. Oni mówią na mnie Mila, bo córeczka mamusi też ma na imię Mircia i dwie w jednym domu to by było za dużo. Przynajmniej tak twierdzi mama. Że gdyby wołali Mira to obie byśmy biegły. No nie wiem, czy Mircia by biegła do psiego smakołyczka czy do mojej miski. Ale nie będę się kłócić. W końcu Mila też brzmi ładnie, no nie?

Aron to mój najlepszy przyjaciel. Na początku trochę się go bałam, bo on jest bardzo duży i najczęściej ma taką straaasznie poważną minę...




Przez pierwsze dni myślałam sobie, że może mnie nie lubi.

Ale teraz wiem, że to nieprawda. On ma taką poważną minę, bo myśli. Tak mi powiedział. Zastanawia się. Analizuje.

Okej, teraz rozumiem. Już same te słowa brzmią strasznie poważnie. Nic dziwnego że Arona mina tak wygląda!

Ale w gruncie rzeczy Aron jest wspaniałym kumplem.

Czasem nawet udaje mi się go rozkręcić i zachęcić do zabawy, ale najczęściej to jednak leży sobie i analizuje świat.

Ja natomiast zdecydowanie najbardziej lubię zabawę.




Bardzo lubię gryźć różne fajne rzeczy, najczęściej są to moje zabaweczki, czasem zdarzają się nie moje i wtedy wpadam w małe tarapaty, ale to naprawdę nie zdarza mi się tak często...

A prawdę mówiąc, zauważyłam że niektóre fajne przedmioty trochę z domu poznikały, na przykład skarpetki mojej mamusi, które czasem udało mi się wygrzebać gdzieś w sypialni i trochę się nimi nacieszyć, ostatnio nigdzie ich nie widzę. Chyba nie zjadłam ich wszystkich??? Hm...

Lubię jeszcze robić inne rzeczy, ale o tym opowiem Wam następnym razem. Aron obiecał, że będę tu mogła sobie pisać kiedy tylko zechcę.

No to pa!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...