8.12.2013

Zimowe spacerowanie



No i przyszła wreszcie moja ukochana zima!..

Dziś pojechaliśmy do lasu. Było tam trochę śniegu.

Niedużo, ale od razu wszystko inaczej zaczęło pachnieć.

Więc sobie chodziłem i wąchałem wszystko po kolei.


A Milka biegała tu i tam jak szalona ...





No ale czasem razem ze mną zachwycała się zimowymi zapachami...


I nawet usiadła ze mną na chwilkę żeby odsapnąć.


A potem poszliśmy dalej w las...


i pod górę ...


O matko, czy naprawdę tam musimy wchodzić ? - spytałem


No pewnie! A najlepiej wbiec!!! - krzyknęła Milka


Wbiec i zbiec!


Hopsa, hopsa, wbiec i zbiec!


A jak już się wbiegnie na samą górę...


To się zbiega zaraz na sam dół, a potem
co sił w łapkach
wbiega ...


szybciej i szybciej ...


z powrotem na szczyt ...


już prawie prawie ...


i już jestem znów na górze!


- Eee tam, to ja dziękuję uprzejmie za takie bieganie... - powiedziałem sobie


i poszedłem znowu wąchać zimowe ślady...


6.12.2013

Taka sobie PSIE-rwa

No przyznaję się, trochę milczałem. Można by to nazwać taką małą PSIE-rwą ...
Ale już się poprawiam.

Co u nas słychać? Ano fajnie wszystko, szczególnie od kiedy Mila nie musi chodzić w sukience.
Bo chodziła, o w takiej:


To był właściwie taki niby fartuszek, czy coś. No nie znam się za bardzo...

 Milka go w każdym razie nie lubiła, ale nie było rady. Mamusia jej porządnie zawiązywała te tasiemki na górze i nie dało rady rozwiązać.

Nawet wynaleziona przez Milę metoda "na krzaczora" nic nie dała. Krzaki najwyżej trochę porozrywały materiał, ale tasiemki jak były zawiązane tak zostawały.

Mamusia potem zawsze trochę na Milkę pokrzyczała, ale ona się i tak nie dała do tej metody zrazić.

Ja to, na przykład, dobrze rozumiem. No ale wiadomo, ludzie inaczej na wszystko patrzą...

Jak widać, Milka wykorzystała też sytuację i czas spędzała głównie na kanapie:


Ale trochę też czasu leżeliśmy sobie razem w ogródku:


Mamusia kazała Milce brać przykład ze mnie, czyli zachowywać się spokojnie, nie biegać, nie szaleć i nie szczekać bez sensu.

No i ona naprawdę próbowała się czasem tego trzymać, no... znaczy... przynajmniej wtedy kiedy mamusia była blisko...

No ale na szczęście to wszystko nie trwało tak długo.

Oto fotki z naszej niedawnej wyprawy do lasu.

To znaczy mnie możecie bez problemu zobaczyć, o :


Ale Milki się właściwie zobaczyć nie da, no ale przynajmniej widać że tam była, bo mamusi aparat nie nadążał za jej biegami po lesie:


Widać trochę, co nie?

No i to by było tak z grubsza co u nas ostatnio.

A dziś to już chyba zima przyszła. Nareszcie!

19.09.2013

Psy-godne znajomości :)

Hej, tu Mila :)

Ostatnio na spacerze spotkaliśmy fajnego kolegę, Benka. Też cały czarny, jak Aron, ale mniejszy od niego i trochę taki jakiś... łysawy...


Po krótkim zapoznaniu, próbowaliśmy się razem pobawić





Ale trochę mi się nie chciało brykać bez Aronka


A Benek chyba trochę się go bał i bardzo na niego warczał.


Miałam nadzieję, że się jednak polubią i będziemy mogli się pobawić razem, ale nic z tego nie wyszło.

No doprawdy nie rozumiem, jak się można bać Aronka ???

Tak to jest z tymi psy-godnymi znajomościami, czasem się nie udają...

8.09.2013

Milki roczek


Mamusia mówi, że Milce właśnie stuknął roczek w naszym domu.

Roczek? Ojej, sam nie wiem czy to dużo czy mało!

A tak szczerze mówiąc, czasem myślę że była tu zawsze.

Całkiem fajna z niej kumpelka.

Często sobie razem polegujemy


Ale najczęściej Mila wyleguje się na kanapie:


zupełnie jak jakaś śpiąca królewna


tak:


i tak:


albo tak:



Jest trochę zwariowana, i choć ma już dwa lata, ciąglę zachowuje się jak szalejący szczeniak. Wszyscy za nią przepadają, nie ukrywam, że i ja też :)

A mamusi to już nawet wchodzi na głowę



Ale, jak widać, wcale to mamusi nie przeszkadza



No i do tego potrafi robić słodkie minki. Nikt się jej wtedy już nie oprze!


12.08.2013

Psie lato


Psie lato trwa.
Najbardziej lubimy psie letnie spacery. Oboje się z nich bardzo cieszymy.



Oboje z Milą kochamy te letnie wyprawy na łąki i do lasu. Ale mamy trochę inny styl zwiedzania.
Ja sobie chodzę i zwiedzam teren, a Milka głównie biega.


Ona potem leży i ledwo dyszy, a ja mam cały czas dużo sił na dalsze zwiedzanie...


Bo najbardziej to ja lubię zwiedzać trawy i krzaki. Mamusia nazywa to łażeniem po chaszczach.


No co ja poradzę, że tam jest najciekawiej...


Czasem wyniosę sobie jakąś pamiątkę...


A potem idę sobie pozwiedzać dalej.


Czasem się na coś zapatrzę i na chwilę zamyślę ...


Co mówisz, mamusiu?



A co tak strasznie tupie?..



Aaaa, to tylko Milka ...


No dobra, idę zwiedzać dalej ...






25.07.2013

My psy i ...


Witajcie, tu znowu Mila. Aron jakoś ostatnio nie pisze, więc postanowiłam znowu dobrać się do kompa. Pisanie bloga bardzo mi się podoba :)

Jak wiecie, w naszym domu oprócz nas i naszych ludzi mieszkają też inne zwierzaki. Są trzy papugi i jest jeszcze świnka...

Dziś poznam Was właśnie ze świnką, a właściwie to ze świnkiem morskim. Nie wiem właściwie dlaczego jest morski, bo pływać chyba nie umie. Mamusia powiedziała kiedyś że tak naprawdę to on powinien być zamorski, bo pochodzi z bardzo daleka. No dobra, ja jej wierzę, zamorski to zamorski.

No to przedstawiam Wam naszego świnka zamorskiego:



Świnek należy właściwie do Marty i ma bardzo dziwne imię. Nazywa się Świstoświnka, to podobno na cześć pewnej znanej sowy... Hm...

Jeśli ktoś coś z tego rozumie, to bardzo proszę żeby mi wyjaśnił, bo ja zupełnie nie łapię o co tu chodzi. Ale zauważyłam, że z imionami w naszej rodzinie jest jakieś ogólne pomieszanie z poplątaniem. Kiedyś na pewno Wam o tym opowiem, ale to już innym razem.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam świnka z bliska, bardzo się zdziwiłam, bo przypominał mi trochę mojego ukochanego króliczka.



No dobra, może nie jest aż tak bardzo podobny, ale tak jakby troszkę.
Mamusia chyba się domyśliła co sobie pomyślałam, bo od razu mi zapowiedziała, że nie wolno łapać świnka do buzi i biegać z nim po domu. 

On zresztą nie grzechocze, tylko tak śmiesznie świszcze, pewnie dlatego ma to swoje imię, a nie od żadnej sowy...


A zresztą przecież i tak nie łapałabym go do buzi, bo on jakoś dziwnie pachnie...



Ale tak w ogóle to jest bardzo milutki i sympatyczny. Trochę się nawet zaprzyjaźniliśmy. Chyba się mnie nie bał, bo też mnie przyszedł z bliska powąchać.


Świnek był niedawno chory, bolał go brzuszek i nie chciał jeść. Mamusia go karmiła strzykawką, zupełnie tak samo jak ptaszka - Felka.


Ale kiedy dostał zielone listki pietruszki to okazało się, że jednak ma apetyt.


Nie wiem co prawda co on widzi w tych listkach, nie sądzę żeby to było dobre. On zresztą je same dziwne rzeczy.

 

To takie coś kolorowe mamusia nazywa granulatem. Spróbowałam kiedyś z podłogi jednego takiego granulata, ale szybko wyplułam, pfe! Zupełne paskudztwo! Ani to pachnie, ani smakuje. A te żółtozielone łodygi to sianko i to też jest świnkowy przysmak. A jak się zmęczy, to się w nim zakopuje i sobie śpi.

Ja tam zdecydowanie wolę zakopywać się w kocykach i poduszkach :)


To tyle o naszym świnku zamorskim.  Innym razem pokażę Wam nasze papugi, one to dopiero są dziwne...  




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...